środa, 1 marca 2017

ULUBIEŃCY STYCZEŃ/LUTY 2017

Dzisiaj zapraszam na wpis o kosmetycznych ulubieńcach, którzy zdobyli moje serce w dwóch pierwszych miesiącach 2017 roku. Nie mogę uwierzyć, że to już marzec, dla mnie to miesiąc szczególny, ale nie wnikając w szczegóły zapraszam na króciutki przegląd tego, co wpadło mi w oko w styczniu i lutym.


AVENE - ANTIROUGEURS - MLECZKO DERMO-OCZYSZCZAJĄCE 

Na pierwszy ogień idzie mleczko dermo-oczyszczające Avene z serii Antirougeurs. Lekkie, delikatne, kojące i idealnie wpisujące się w potrzeby mojej skóry w tym zimowym zmiennym klimacie. Jeśli szukacie czegoś, co nie tylko oczyści waszą skórę, ale także będzie miało na nią zbawienny wpływ to serdecznie polecam.  O tym dermokosmetyku mogliście już poczytać TUTAJ, a więc zajrzyjcie, aby szczegółowiej poznać moje wrażenia.



MIZON - UJĘDRNIAJĄCY KREM POD OCZY Z KOLAGENEM MORSKIM

Krem pod oczy Mizon stosuję już dwa miesiące i jestem jak najbardziej na tak. Lekki, żelowy i bezzapachowy krem rzeczywiście ma wpływ na jędrność i nawilżenie skóry pod oczami oraz  spłycenie zmarszczek. Nieco długo się wchłania, ale potem w żaden sposób nie wpływa na jakość makijażu. Więcej już wkrótce w osobnym wpisie. Już teraz serdecznie zapraszam. 
 
 
TOŁPA - DERMO FACE PHYSIO - ŻEL DO DEMAKIJAŻU OCZU

Zadaniem żelu Tołpy jest skuteczne usunięcie makijażu bez nadmiernego pocierania przy jednoczesnym nawilżeniu skóry wokół oczu i złagodzeniu ewentualnych podrażnień. Długo czekał na swoją kolej, ale mnie nie zawiódł. Mój makijaż oka jest dość spokojny czyli tusz, eyeliner i cienie bez wielkich udziwnień i fantazyjnych kolorów, i z tym zestawem radził sobie wyśmienicie. Bardzo dobrze rozpuszczał makijaż, a skóra po jego użyciu była nawilżona, niepodrażniona i nie odczuwałam żadnego ściągnięcia. Jestem z niego bardzo zadowolona, a szczególnie z faktu, że przywraca uczucie komfortu i jest bardzo wydajny.

 
SKIN79 - PORE BUBBLE CELANSING MASK

Pore bubble cleansing mask to chyba najprzyjemniejsza z maseczek jakie ostatnio miałam okazję używać, a uwierzcie mi jestem wprost maniaczką masek w płachcie. Skin79 twierdzi, że jest to maseczka, która ma zapewnić efekt masażu i jednocześnie oczyścić i zregenerować skórę. I tak właśnie się dzieje. Maska bąbluje na skórze, przyjemnie ją łaskocząc i właśnie ta magia oprócz końcowego nawilżenia i wygładzenia sprawia, że jest to najprzyjemniejsza i najbardziej relaksująca maska jaką kiedykolwiek używałam. Nie wyobrażam sobie już piątków po całym tygodniu pracy bez tego odprężającego dla skóry i dla mnie rytuału.

PERFECTA - SERUM C-FORTE INTENSYWNIE REGENERUJĄCE

Serum Perfecty ma być zastrzykiem energii dla zmęczonej, szarej i matowej cery. Dzięki skoncentrowanej witaminie C ma odświeżyć cerę, wygładzić zmarszczki i spowodować efekt liftingu. Decydując się na to serum od razu odrzuciłam możliwość realizacji przez nią tych dwóch ostatnich zadań, bo jak wiadomo cuda się nie zdarzają. Bardziej zależało mi właśnie na daniu mojej skórze tego rewitalizującego kopa, który jest jej potrzebny po zimie. Dostałam to czego oczekiwałam. Skóra została nawilżona, rozjaśniona i wyraźnie poprawione zostało jej naprężenie. Jednym słowem wyglądała na zdrowszą i ożywioną. Serum nie zapchało mnie, ani nie spowodowało żadnego uczulenia. Okazało się bardzo fajnym produktem, przydatnym szczególnie w okresie zimowym.


To już wszyscy moi styczniowo-lutowi ulubieńcy. Jestem ciekawa czy któryś z przedstawionych kosmetyków zwrócił Waszą uwagę, a może wśród nich są też Wasi ulubieńcy.

piątek, 17 lutego 2017

AVENE - ANTIROUGEURS - MLECZKO DERMO-OCZYSZCZAJĄCE DO SKÓRY WRAŻLIWEJ I NACZYNKOWEJ

Dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o pewnym dermokosmetyku, który ostatnio pojawił się w mojej pielęgnacji. Produkty do demakijażu to temat bardzo ciężki, a wybór najlepszego specyfiku dla naszej cery może stanowić prawdziwą drogę przez mękę. Pomimo, że od pewnego czasu byłam wierna jednemu kosmetykowi myjącemu postanowiłam spróbować czegoś nowego. Tym nowym okazało się właśnie  Avene - Antirougeurs delikatne mleczko dermo-oczyszczające.


Na początku kilka słów o tym, czym są dermokosmetyki. Jednym zdaniem są to kosmetyki apteczne lub inaczej kosmetyki dermatologiczne, które przeznaczone są do pielęgnacji zarówno skóry zdrowej, jak również mogą być istotnym elementem wspomagającym w leczeniu różnych chorób skóry. Ich powstanie jest wynikiem ścisłej współpracy dermatologów, chemików i kosmetologów i przypomina raczej powstanie leku niż kosmetyku. Zawierają składniki o potwierdzonym w wielu badaniach dermatologicznych i laboratoryjnych działaniu łagodzącym lub leczniczym, tworzone są z myślą o precyzyjnie określonych typach skóry bądź dolegliwościach. Takim właśnie dermokosmetykiem jest Avene mleczko dermo-czyszczające z serii Antirougeurs czyli linii przeznaczonej do pielęgnacji skóry naczynkowej lub skóry skłonnej do zaczerwienień i podrażnień. Zadaniem mleczka, według producenta, jest codzienna higiena skóry polegająca na delikatnym i łagodnym usunięciu makijażu, oczyszczeniu oraz ukojeniu skóry. W składzie mleczka znajdziemy oczywiście wodę termalną Avene, która ma łagodzić i koić podrażnienia oraz połączenie wyciągu z Ruszczyka z innymi składnikami, które mają zmniejszać uczucie gorąca na twarzy. Produkt nie zawiera parabenów i jest hipoalergiczny.


Oczyszczające mleczko Avene umieszczone zostało w poręcznej 300 ml butelce z pompką. Ma subtelny, wręcz prawie niewidoczny zielony kolor, a jego konsystencja jest lekka i delikatna. Zapach produktu jest praktycznie niewyczuwalny. Mleczko stosowałam zgodnie z zaleceniami producenta nakładając je na twarz, rano i wieczorem, opuszkami palców lekko masując okrężnymi ruchami, a następnie spłukując całość wodą. Dla podbicia efektu po wszystkim można jeszcze dodatkowo rozpylić na twarzy lekką mgiełkę wody termalnej Avene. Producent jako drugą opcję stosowania podaje również aplikację mleczka bezpośrednio na nasączony wodą termalną wacik, ale mi bardziej do gustu przypadł pierwszy sposób. Mleczko jest bardzo wydajne i dla osiągnięcia pozytywnego efektu wystarczy jego niewielka ilość, w moim przypadku dwie pompki. Avene mleczko dermo-oczyszczające sprawdziło się u mnie bardzo dobrze. Świetnie oczyszczało, dobrze zmywało makijaż oraz tusz do rzęs, czy też eyeliner, czyli robiło to, co miało robić. Nie wywołało u mnie żadnych podrażnień skóry, a przede wszystkim nie szczypało w oczy, co będzie ważne dla osób wrażliwych w tym temacie. Nie zaobserwowałam również żadnego ściągania po jego zastosowaniu oraz w żaden sposób nie zapychał on porów mojej skóry. Oczywiście nie mogę zapomnieć o tym, że jego stosowanie miało cudownie kojący, łagodzący i wyciszający wpływ na moją skórę.

Mleczko Avene okazało się idealnym antidotum na moją, ostatnimi czasy, lekko podrażnioną i skłonną do nadmiernych zaczerwienień  skórę twarzy. Począwszy od konsystencji, przez łatwość stosowania, a kończąc na efektach okazało się idealnym uzupełnieniem mojego codziennego wieczornego demakijażu oraz porannej pielęgnacji. Przyjemność w użyciu, a przede wszystkim zbawienny, łagodzący wpływ na moją skórę sprawiły, że wart jest zainteresowania i mogę go wam z czystym sumieniem polecić, a najbardziej posiadaczkom skóry suchej, naczynkowej i wrażliwej.
A na koniec nietypowo zapraszam do obejrzenia filmu, gdzie możecie zobaczyć sposób aplikacji mleczka oczyszczającego zaproponowany przez producenta?

video

 A Wy używacie jakiś dermokosmetyków?

poniedziałek, 6 lutego 2017

BIELENDA VEGAN FRIENDLY KOKOS - CZYLI JAK MOJA SKÓRA ZOSTAŁA WEGANKĄ

Dzisiaj powitałam Was trochę przewrotnym tytułem, ale miał to być sposób na zwrócenie uwagi na ciekawą propozycję, która pojawiła się już jakiś czas temu na rynku drogeryjnym. Rok 2016 był bardzo udany dla firmy Bielenda, bo o jej kosmetyku będzie tutaj mowa. Nowe produkty, nowe receptury i przede wszystkim nowa, jakże przyjemna dla oka szata graficzna opakowań. Wśród tych nowości pojawiła się ona, linia aksamitnych kremowych maseł do ciała zaopatrzonych w aktywne składniki roślinne sygnowana nazwą  Bielenda Vegan Friendly. Seria mogąca pochwalić się prostą recepturą i brakiem w niej surowców pochodzenia zwierzęcego. 


Pojawienie się trzech masełek wchodzących w skład serii Vegan Freindly miało być ukłonem firmy Bielenda w stronę wegan, dla których ten styl życia nie jest chwytliwym sloganem, ale faktycznie sposobem na trwanie zgodnie z naturą, ekologią i etycznym stylem życia. Linia Vegan Friendly została przygotowana właśnie specjalnie dla osób, które w swojej codzienności unikają spożywania produktów pochodzenia zwierzęcego i chciałyby tę zasadę przenieść również na pielęgnację ciała. Oczywiście zamysłem Bielendy było również pokazanie osobom takim jak ja, że czasami pomimo innych przekonań warto chwycić do ręki coś, co choćby w niewielkim stopniu podaruje naszemu ciału to, co naturalnie najlepsze i to dodatkowo za bardzo rozsądną cenę. Mój wybór padł na masło do ciała z kokosem, ale wśród produktów Vegan Friendly Bielendy znajdziecie również produkt z dodatkiem naturalnego masła karite oraz naturalnego masełka buriti.


Zadaniem aksamitnego masła do ciała wzbogaconego o naturalny olej kokosowy jest poprawa wyglądu i kondycji skóry całego ciała w przyjaźni z naturą. Producent zapewnia, że dzięki wysokiej zawartości naturalnych składników olejowych oraz antyoksydantów masło zadba o skórę, ujędrni ją i nawilży przywracając jej gładkość i sprężystość. W związku z tym, że masło może pochwalić się prostym, bezpiecznym i przyjaznym składem na jego zużycie po otwarciu mamy tylko 4 miesiące. Efektem jego stosowania ma być zregenerowany, nawilżony i zabezpieczony przed przesuszaniem naskórek.


Produkt umieszczony jest w plastikowym opakowaniu o pojemności 250 ml z aluminiową zakrętką, co znacznie ułatwia jego wydobycie. Masło ma biały kolor, a jego konsystencja niby typowa dla tego rodzaju produktów, nie jest jednak tak zbita, jak bywa to w przypadku właśnie takich kosmetyków. Dla mnie masło w swojej strukturze jest szalenie przyjemne, lekkie i aksamitne. Bardzo łatwo się je nakłada, rozprowadza i rozsmarowuje. Zapach jest również bardzo mocną stroną tego produktu. Obłędnie słodko-kokosowy aromat, który utrzymuje się na skórze jeszcze przez pewien czas po aplikacji będzie zapewne perełką dla miłośników tego typu wonności. Po masło sięgałam po każdej kąpieli i to dość obficie, co średnio wpłynęło w moim przypadku na jego wydajność. Nie zagłębiając się, zbytnio go nie oszczędzałam, co przy jego fantastycznie atrakcyjnej cenie nie stanowiło dla mnie problemu. Z jego wchłanianiem było nieco gorzej, gdyż potrzebuje ono chwili, aby wniknąć w skórę, ale taki jest już urok masełek do ciała. Za to efekt był jak najbardziej zadowalający. Co prawda nie zauważyłam spektakularnego ujędrnienia ciała, ale już jego nawilżenie i wygładzenie jak najbardziej tak. Skóra w żaden sposób nie została przez nie podrażniona, nie zauważyłam także żadnych reakcji alergicznych, czy też zaczerwienień.  Szczególnie zbawienny wpływ miał na bardziej przesuszone partie mojego ciała oraz na łokcie.


Masło z kokosem z serii Vegan Friendly od Bielendy uznaję za bardzo udane. Przyjemny skład, pozbawiony składników zwierzęcych, przyjemna cena i pozytywne efekty jakie pozostawia na skórze sprawiły, że z całą pewnością jeszcze po niego sięgnę. Teraz może w innej wersji, bo kusi mnie bardzo również wersja buriti z dodatkiem beta-karotenu. Jego stosowanie było prawdziwą przyjemnością zarówno dla ciała, ze względu na nawilżające właściwości, jak i dla zmysłów, ze względu na przepiękny, kokosowy zapach. Nie zapominam również o przepięknym opakowaniu, które stanowiło ozdobę mojej półki. Takich kosmetyków i tak łatwo dostępnych powinno być znacznie więcej. 

wtorek, 31 stycznia 2017

DENKO 1/2017 - PIERWSZE KOTY ZA PŁOTY

Zadaję sobie sprawę z tego, że pokazywanie zużytych opakowań po produktach to sprawa kontrowersyjna. Jedni lubią oglądać denko, a inni wprost przeciwnie patrzą na ten fakt nieprzychylnie. Postanowiłam jednak wprowadzić ten element, po części z dość egoistycznych przesłanek, aby w jakiś sposób uwiecznić produkty, które się sprawdziły, ale także te do których nie mam zamiaru już wracać. Często zdarza mi się zastanawiać, czy ja już tego czasem nie używałam, a potem kupować coś, co miałam, używałam i się nie sprawdziło. Nie przedłużając zapraszam na pierwsze w moim życiu, malutkie denko. 


Na pierwszy ogień idą żele do mycia ciała. Z jednej strony Isana - witaminy&jogurt, bardzo tani, łatwo dostępny produkt, a z drugiej strony tak popularna w chwili obecnej Balea - marakuja z frezją. Ten pierwszy oceniam bardzo pozytywnie, zarówno ze względu na cenę, jak i jego właściwości myjące. Żel spełnił swoje zadanie, skóra była po nim dokładnie umyta i przyjemnie gładka. Miał uroczy owocowy zapach, który na chwilkę pozostawał ze mną po kąpieli. Bardzo dobry produkt, za niską cenę. Z całą pewnością sięgnę po inne żele z tej linii. Balea z kolei to moje rozczarowanie. Niby produkt poprawny, niby robił, to co miał robić, ale... No właśnie to ale. Do zapachu nie mogę się doczepić i zachwyty nad aromatami żeli Balea uważam za jak najbardziej uzasadnione i nie przereklamowane. Produkt mył, bo do tego został stworzony, ale po tak reklamowanym produkcie oczekiwałam czegoś w stylu "wow". Dostałam zwykły żel, który nieco przesuszał moją skórę i o którym marzyłam, żeby wreszcie się skończył. 


Wśród produktów do mycia włosów znalazł się szampon Artego - Rain Dance, kremowy szampon o działaniu oczyszczającym i odżywiającym. Bardzo fajny szampon nawilżający, który dobrze oczyszczał włosy, nie obciążał ich i nie przesuszał. Chętnie sięgnęłabym po niego jeszcze raz. Kolejnym produktem jest odżywka  do włosów Yves Rocher - chroniąca blask włosów farbowanych. Nie, nie i jeszcze raz nie. Skuszona dobrymi recenzjami zakupiłam to oto mazidło do włosów i w moim przypadku okazało się ono wielkim nieporozumieniem. Strasznie obciążała włosy, okrutnie oblepiała je swoją kremową konsystencją powodując, że po jej użyciu miałam ochotę umyć włosy ponownie. Z pazerności zużyłam, ale szczerze mówiąc nie żałowałam jej sobie i nie uważałam, aby nie uronić choćby kropli. Muszę wtrącić, że miałam też szampon z tej serii i on również zupełnie się u mnie nie sprawdził. Przechodząc do kremów, Vis Plantis - Helix Vital Care krem odmładzający z filtratem ze śluzu ślimaka nie muszę tutaj chyba opisywać. Pełna recenzja na moim blogu, ale raz jeszcze powtórzę wspaniały. Pora zimowa to dobry czas na stosowanie kremów z kwasami i tutaj przedstawicielem tej grupy jest Bandi - krem z kwasem migdałowym i polihydroksykwasami. Bardzo dobry i wydajny krem, którego efekt zauważyłam już po pierwszych użyciach. Jego działanie sprawiało mi niezwykłą radość, skóra stała się gładsza i promienniejsza, a pory zmniejszone. I tak przeszłam do maleństwa, które skradło moje serce. Wiem, miniaturowych wersji nie powinno się opisywać, ale muszę. Thalion - Thali Source - krem nawilżający, bo o nim tu mowa okazał się rewelacyjny. Wydajny, bo to maleństwo 15ml starczyło mi niemal na dwa tygodnie, działał cuda z moją zmęczoną po całym dniu skórą. Nawilżał, naprężał, wygładzał...ach... gdyby nie jego cena już bym go zamawiała. Przechodząc do produktów do ciała, to przedstawicielem tej grupy jest Eveline - luksusowe masło do ciała Argan&Vanilla. Bardzo przeciętne, koszmarne do rozsmarowania i długo się wchłaniające masło o ładnym zapachu. Nie wrócę do niego, podobnie jak do kremu do rąk i paznokci na bazie kolagenu naturalnego Baltic Collagen. Niby nawilżał, ale koszmarnie się wchłaniał i maział. Nie wiem czy to wina moich dłoni, czy kremu, ale jego używanie było dla mnie prawdziwym utrapieniem. 


Na koniec jedna firma i dwa produkty o bardzo skrajnej mojej ocenie. Firmę Mixa nie muszę chyba przedstawiać, bo jej płyny micelarne, szczególnie Mixa - płyn micelarny przeciw przesuszaniu znany i używany jest już chyba przez wszystkich. To moje już n-te opakowanie i nadal jestem zachwycona jego właściwościami. Rewelacyjnie współgra z moją wymagającą skórą twarzy, doskonale zmywa makijaż i nie wywołuje żadnych niepożądanych efektów. Ideał, czego nie mogę powiedzieć o drugim produkcie, a mianowicie Mixa - aksamitny żel do mycia twarzy. Dla mojej skóry to był aksamitny koszmar do mycia twarzy. Już pierwsze użycie przyniosło niepokojące efekty, ale byłam przekonana, że moja skóra twarzy przyzwyczajona do mniej chemicznych składów stała się zdezorientowana i z czasem się przyzwyczai. Nic bardziej mylnego. Dalej było tak samo, a może nawet gorzej, a po jego użyciu skóra stawała się wysuszona i ściągnięta. Bardzo ściągnięta i wprost wołająca o nawilżenie i ukojenie. Produkt zużyłam, jako płyn do mycia rąk, ale chyba nie o takie zastosowanie mi chodziło.


Na tym koniec. Nie ma tego dużo, ale też chyba nie chodzi o to, aby pokazać każdy produkt, który się zużyło. Mam nadzieję, że się podobało. Jestem też ciekawa, czy wśród produktów znalazłyście, coś co same używałyście i macie odmienne zdania, albo podobne.

środa, 11 stycznia 2017

MIYA - CALL ME LATER - IDEALNY KREM NA MROŹNE ZIMOWE DNI

Siarczyste mrozy, zmiany temperatury, suche powietrze w ogrzewanych pomieszczeniach i inne czynniki związane z zimową aurą, ciągle wystawiają na próbę, przede wszystkim skórę naszej twarzy. Co roku zastanawiam się, jaki krem wybrać, aby zapewnić skórze oprócz właściwości ochronnych również te pielęgnacyjne? Jak pogodzić konieczność zabezpieczania skóry przed niską temperaturą,  odżywić ją i nawilżyć, a jednocześnie uniknąć niespodzianek i cieszyć się kosmetykiem, który idealnie współgra z moim podkładem. Ubiegły rok dostarczył odpowiedz na moje coroczne rozterki przynosząc cudowną serię myWONDERBALM od Miya Cosmetics, a wśród nich ideał na mroźne, zimowe dni czyli krem o intrygującej nazwie Call Me Later


Miya Cosmetics stworzyła serię kremów myWONDERBALM, aby w sposób szybki i pomijający czasochłonną pielęgnację kompleksowo zadbać o skórę w myśl sentencji "Otwieram, nakładam i jestem piękna". Produktom sygnowanych tą marką przyświecają cztery założenia, które dodając do tego prześliczną, niezwykle barwną szatę graficzną opakowań sprawiają, że seria niezwykle pozytywnie wyróżnia się na rynku kosmetycznym. Moją uwagę zwrócił szczególnie jeden z nich, a mianowicie  - najwyższa jakość - czyli to co każda z nas lubi, naturalne, wysokiej jakości składniki, emolienty roślinne, olejki, woski, witaminy i minerały. W produktach nie znajdziemy parabenów, olejów mineralnych, parafin, silikonów, PEG-ów i sztucznych barwników. Tak stworzone formuły mają zapewnić rezultaty i bezpieczeństwo. Na dużą uwagę zasługuje również niska cena przy bardzo dużej pojemności, bo za te pielęgnacyjne niezbędniki, o pojemności 75 ml zapłacimy wyłącznie 29,99 zł. To wszystko składa się na fakt, że seria stworzona przez Miya Cosmetics to zestaw wspaniałości, o niskiej cenie, świetnych, naturalnych składnikach i wszechstronnych działaniach. Wśród czterech kremów, jakie składają się na linię myWONDERBALM znalazł się właśnie mój ideał na zimowe, spowite mrozem dni czyli krem regenerująco-odżywczy z masłem shea Call Me Later


Zadaniem kremu do twarzy Call Me Later jest regeneracja i odżywienie skóry oraz jej nawilżenie i wygładzenie, przy jednoczesnej poprawie jędrności. Ta bardzo kompleksowa pielęgnacja ma zostać osiągnięta dzięki świetnym składnikom, jakimi może pochwalić się ten naturalny kosmetyk. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście masło shea, które dzięki swoim właściwościom regenerującym ma wpłynąć na zwiększenie nawilżenia, jędrności i sprężystości skóry. W składzie znajdują się również: olejek jojoba, witamina E i prowitamina B5 czyli elementy odpowiedzialne za wygładzenie i odżywienie skóry oraz chroniące ją przed wysuszeniem. Oczywiście krem pozbawiony jest parabenów, silikonów, PEG-ów i innych nieprzychylnych naszej skórze składników


Krem zamknięty został w poręcznej tubce o pojemności 75 ml, która pomimo, że jest bardzo prosta przyciąga uwagę nasyconym, niebieskim kolorem. Call Me Later ma treściwą i dość gęstą konsystencję, ale bardzo łatwo się rozsmarowuje i szybko wchłania nie pozostawiają tłustej warstwy, co sprawia, że jest idealny pod makijaż. Ten odżywczo łagodzący mix podziałał na moją skórę jak kompres, odżywiając ją i jednocześnie chroniąc przed wysuszeniem oraz niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi. Zapach kremu Call Me Later jest neutralny i bardzo świeży, a więc idealnie nadaje się dla osób wrażliwych na aromaty. Produkt świetnie sprawdzi się dla wszystkich typów skóry.

    
Call Me Later to nie tylko wygoda i przyjemność stosowania, ale przede wszystkim niezbędna ochrona jaką moja skóra doceniła i nadal docenia w te zimowe, mroźne dni. Ten treściwy krem idealnie wpasował się w moje potrzeby i zadbał o to, aby w tym ciężkim okresie moja skóra była odpowiednio nawilżona i odżywiona oraz idealnie ustrzegł przed ewentualnymi podrażnieniami spowodowanymi zmianami temperatur, wiatrem i suchym powietrzem w ogrzewanych pomieszczeniach. Z tego względu stosuję go głównie na dzień, ciesząc się jego właściwościami i tym, że świetnie sprawdza się pod makijaż. Ale Call Me Later to również świetny krem na noc. Nałożony grubą warstwą może pełnić rolę nocnej maseczki. W moim przypadku po takim właśnie zastosowaniu  rankiem skóra twarzy była  świetnie przygotowana na trudy dnia oraz wypoczęta. Serdecznie zachęcam do sięgnięcia po ten przyjazny cenowo, mogący się pochwalić świetnym naturalnym składem regenerująco-odżywczy ideał.

Macie jakieś swoje kremowe perełki idealne na zimę?



 


środa, 4 stycznia 2017

LE PETIT MARSEILLAIS - PIELĘGNACJA OKRASZONA BOGACTWEM MORZA ŚRÓDZIEMNEGO

Zima za oknami, a niejedna z nas, podobnie jak ja, już teraz myślami wybiega do przepełnionego słońcem i ciepłem lata. A gdyby tak w zaciszu domowej łazienki, choćby przez chwilę, przez moment, wspomnieniami powrócić do tej błogiej, wakacyjnej beztroski, kiedy to słońce rozkosznie nas ogrzewało, piasek pieścił nasze stopy, a odprężające fale morskie figlarnie obmywały nasze ciało. Czasami marzenia się spełniają i tak w pewien zimowy, przepełniony siarczystym mrozem dzień do mojego domu zawitała paczka od Le Petit Marseillais. Przesyłka, jak się później okazało, nie taka zwyczajna, bo zawierająca produkty, które pozwoliły mi wyruszyć w podróż pełną fascynujących doznań, pozwalającą poczuć wakacyjną błogość, a także odkryć bogactwo morskich składników. A to wszystko dzięki nowej, wypełnionej wyjątkowym rytuałem morskiej pielęgnacji linii kosmetyków Le Petit Marseillais. To one umożliwiły mi w środku zimy, choć przez krótką chwilę, zawitać do świata morskich zapachów i bogactwa jakie oferuje Morze Śródziemne, krainy w której mogłam poczuć nową, słoneczną naturę kosmetyków Le Petit Marseillais.


Zadaniem nowej, morskiej pielęgnacji według Le Petit Marseillais jest kompleksowa dbałość o ciało, która oprócz dokładnego oczyszczenia skóry obejmuje również jej nawilżenie i odżywienie. Wszystko to ma zmierzać do jednego, ściśle określonego celu, a mianowicie oprócz poprawienia kondycji i wyglądu skóry, przede wszystkim do wprowadzenia w doskonały nastrój i to dzięki codziennym podstawowym zabiegom pielęgnacyjnym. Tym razem Le Petit Marseillais postanowiło uraczyć mnie formułami wypełnionymi składnikami, które znane są z zabiegów kosmetycznych, a które dzięki zamknięciu w gustownych, jak przystało na tą właśnie firmę, opakowaniach mogłam wykorzystać w codziennej pielęgnacji w swojej łazience. I tak odkrywając w nich bogactwo Morza Śródziemnego natrafiłam na kompozycję składników pochodzenia naturalnego jak algi i minerały morskie oraz oligoelementy czyli magnez, cynk i selen, a także znaną ze swoich właściwości białą glinkę


Pierwszym produktem po jaki sięgnęłam był pielęgnujący krem do mycia zawierający kompozycję dobroczynnych alg morskich i białej glinki, którego zadaniem było nawilżenie skóry. Decydując się na produkty Le Petit Marseillais zawsze mogłam być pewna, że jest w nich coś magicznego, i tym razem również się nie zawiodłam. Błękitne opakowanie, którego szata od razu przywiodła mi na myśl morską toń skrywało kosmetyk o cudownie kremowej konsystencji, po której moja skóra była nie tylko wspaniale odświeżona i ożywiona, ale również rozkosznie nawilżona. Produkt bardzo dobrze się pienił, a przy tym dzięki swojej kremowej strukturze okazał się bardzo wydajny. Idealne połączenie dwóch składników, czyli alg z Morza Śródziemnego oraz białej glinki sprawiło, że skóra po kąpieli pozostała idealnie miękka i gładka. Dzięki pielęgnującemu kremowi otrzymałam idealną, prawdziwą pielęgnację właśnie taką z jakich znane są doskonałe produkty La Petit Marseillais. Oczywiście nie mogłabym nie wspomnieć o zapachu, który zawsze był idealny w przypadku produktów Le Petit Marseillais. Tutaj było podobnie, choć dla niektórych świeżość morskiej bryzy, w której przebija woń alg morskich może być zaskoczeniem. Dla mnie ten zapach okazał się niezwykle przyjemny i odprężający, a jego świeży aromat jeszcze na długo po kąpieli utrzymywał się na mojej skórze, idealnie działając również na moje zmysły.


W drugiej kolejności na moim celowniku znalazł się odżywiający balsam do ciała, przeznaczony zarówno do suchej, jak i bardzo suchej skóry. La Petit Marseillais postawiło tutaj na znane mi z poprzedniego produktu algi morskie, ale tym razem w kombinacji z dobroczynnymi oligoelementami. Tajemnicze oligoelementy to nic innego jak pierwiastki - magnez, cynk i selen odgrywające istotne role i znane ze swoich rewelacyjnych właściwości pielęgnujących komórki naskórka. Balsam zamknięty został w poręcznym opakowaniu, podobnie jak swój poprzednik, okraszonym cudownym, przywołującym morze w słoneczny dzień błękitem. Produkt miał zwartą konsystencję, ale na tyle lekką, że pomimo treściwości użytych w niej składników bardzo dobrze rozprowadzał się po mojej skórze i równie szybko się wchłaniał. Na duży plus zaliczyć mogę również fakt, że bogata konsystencja balsamu nie spowodowała pozostawienia po jego użyciu jakiejkolwiek tłustej warstwy. Formuła zaproponowana przez Le Petit Marseillais spowodowała, że jeszcze na długo po użyciu produktu moja skóra nadal pozostawała odżywiona i intensywnie nawilżona, a także przyjemnie aksamitna i otulona drzemiącymi w nim właściwościami pielęgnującymi rodem z morskich głębin. Zapach balsamu, podobnie jak w przypadku kremu do mycia, przywoływał mi woń morskiej bryzy. Był może nieco intensywniejszy, ale tym samym bardziej otulający moją skórę i pozwalający mi dłużej cieszyć się jego świeżym aromatem. Właściwości balsamu z całą pewnością docenią osoby zmagające się z suchością skóry i oczekujące od tego typu produktów komfortu, aż przez 24 godziny, ale także takie jak ja, które z powodu przegrzewania pomieszczeń i innych skutków ubocznych dla skóry, które niesie zima szukają intensywnej pielęgnacji.  


Po raz kolejny Le Petit Marseillais mnie zaskoczyło, choć wydawać by się mogło, że ich sprawdzone formuły nie mogą już uleć jakiejkolwiek transformacji. Nic bardziej mylnego i dowodem na to jest nowa linia pozwalająca odkrywać rytuał morskiej pielęgnacji. Doskonale uzupełniające się produkty wyposażone w zaskakujące składniki i nowy, świeży oraz odprężający zapach to kolejne perełki w kolekcji kosmetyków Le Petit Marseillais. Zastosowana formuła sprawia, że sprawdzą się one zarówno w zimowe dni, kiedy to zamykając się w łazience i oddając w dobre ręce morskiej kolekcji Le Petit Marseillais chcemy uciec przed chłodem i poczuć błogość wakacyjnej beztroski, ale również latem, gdy szukamy tak pożądanego w ciepłe dni orzeźwienia i odżywienia dla skąpanej słońcem skóry. Chciałoby się powiedzieć - chwilo trwaj, i uwierzcie mi jest to możliwe dzięki morskiej pielęgnacji Le Petit Marseillais, która poprzez nawilżanie, odżywianie i urzekający zapach okrasi nasz codzienny rytuał pielęgnacyjny bogactwem Morza Śródziemnego. 








wtorek, 3 stycznia 2017

VIS PLANTIS - nowoczesność i naturalność w walce o młodą skórę - część 2 - HELIX VITAL CARE - krem odmładzający z filtratem ze śluzu ślimaka

Pierwszy wpis w Nowym Roku chciałabym poświęcić kosmetykowi, który stał się moim ulubieńcem i odkryciem roku 2016. Firmę Vis Plantis poznałam w połowie minionego roku, a pod koniec sierpnia zamieściłam pierwszy wpis o produktach, jakie u mnie zawitały. W poście mogliście również przeczytać moje wrażenia ze stosowania prześwietnego płynu micelarnego nawilżającego 3w1 Vis Plantis. Tym razem chciałabym przedstawić mojego zdecydowanego ulubieńca, a mianowicie krem odmładzający z filtratem ze śluzu ślimaka z serii Helix Vital Care marki Vis Plantis przeznaczony do stosowania na noc. Filtrat ze śluzu ślimaka był hitem kosmetycznym i swoistym fenomenem ubiegłego roku. Niejedna z nas słyszała o azjatyckich produktach, w których można było znaleźć ten tajemniczy składnik, a które ze względu na swoją cenę nie zawsze były dostępne dla nas wszystkich. Tym bardziej z wielką radością sięgnęłam po rodzimy, w przystępnej cenie krem odmładzający Vis Plantis w którym odnalazłam dobroczynną moc innowacyjnego filtratu i który wspaniale uzupełnił moją wieczorną pielęgnację. 


Seria Helix Vital Care ze składnikiem w postaci "śluzu ślimaka", z jakiej pochodzi krem odmładzający przeznaczona jest nie tylko do cery z oznakami starzenia, ale również do cery wymagającej odżywienia i regeneracji. Sam krem odmładzający na noc, jak zapewnia producent, oprócz walorów jakie reprezentuje seria z jakiej pochodzi ma być bogatym, innowacyjnym kosmetykiem o zaawansowanym działaniu, który wzmacnia skórę zmęczoną po całym dniu i dzięki filtratowi ze śluzu ślimaka wielokierunkowo ją odmładza. W recepturze produktu oprócz "ślimaczego" składnika o 2% stężeniu znajdziemy składniki wspierające takie jak:
- olej bawełniany, olej macadamia i masło shea czyli doskonałe emoliety zapewniające stały poziom nawilżenia, natłuszczenia i łagodzące podrażnienia,
- witaminę A - zwalczającą objawy starzenia,
- witaminę E - regenerującą i zwalczającą wolne rodniki,
- pantenol - wygładzający i kojący. 


Krem odmładzający na noc Vis Plantis umieszczony został w ascetycznym, ale równocześnie bardzo przyjaznym dla oka 50 ml słoiczku. Dzięki stonowanej i niekrzykliwej stylistyce z charakterystycznym prześmiesznym ślimaczkiem na etykiecie opakowanie doskonale współgra z naprawdę wartościowym produktem zamkniętym w jego wnętrzu. Krem ma treściwą konsystencję, ale bardzo łatwo się rozsmarowuje i dość szybko wchłania. Jego zapach jest bardzo naturalny, delikatny i bardzo lekko wyczuwalny, a przy tym niedrażniący nosa, co powinny docenić osoby wrażliwe na silne aromaty w kremach. Kosmetyk zgodnie z zaleceniami nakładałam na przygotowaną skórę twarzy, szyi i dekoltu szerokimi, delikatnymi ruchami. Najważniejsze jest jednak jego bardzo dobre działanie. Na efekty nie musiałam zbyt długo czekać. Pierwszym wyraźnym symptomem było doskonałe nawilżenie i wygładzenie skóry. Produkt nie spowodował żadnych podrażnień, a wręcz przeciwnie miał na moją skórę bardzo zbawienny, kojący wpływ. Z czasem pojawiło się tak bardzo pożądane przeze mnie napięcie i delikatne spłycenie bardziej zarysowanych zmarszczek.   


Krem odmładzający z filtratem ze śluzu ślimaka Vis Plantis bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Jego stosowanie bardzo wzmocniło moją pielęgnację, a jego unikalna formuła spowodowała, że moja cera stała się zdrowsza i bardziej odżywiona. Oczywiście, jak często powtarzam pisząc o takich właśnie produktach nie możemy się spodziewać cudów, ale w przypadku tego kremu  zostałam w pełni usatysfakcjonowana efektem i to takim, który nie był tylko chwilowy. Skóra oprócz widocznej poprawy jędrności i elastyczności każdej nocy zostawała nawilżona i cudownie odprężona po trudach dnia. Wiem, że ta recenzja brzmi wręcz niewiarygodnie, ale z czystym sumieniem mogę polecić ten krem jako doskonały i fenomenalny cenowo produkt po który z całą pewnością jeszcze nie raz z wielką przyjemnością sięgnę.

A Wy macie jakieś swoje perełki roku 2016?